Dlaczego Francuzi spierają się o własny naród?

Dlaczego pytanie o naród stało się jednym z najważniejszych tematów współczesnej Francji? Przed wyborami prezydenckimi w 2027 roku filozofowie, historycy, demografowie i politycy prowadzą debatę, która wykracza daleko poza kampanię wyborczą. To spór o naturę republiki, wspólnoty politycznej i przyszłość Francji.
Spór o naród może zdecydować o wyborach prezydenckich we Francji w 2027 roku
Jeszcze kilkanaście lat temu najważniejsze spory francuskiej polityki dotyczyły gospodarki, bezrobocia, wysokości podatków, reform rynku pracy czy miejsca Francji w integrującej się Europie. Dziś coraz częściej koncentrują się wokół pytania znacznie bardziej fundamentalnego: kim właściwie jest naród francuski i czy można mówić o jego historycznej ciągłości w kraju, który od dziesięcioleci doświadcza głębokich przemian demograficznych, kulturowych i migracyjnych.
To właśnie dlatego kampania przed wyborami prezydenckimi w 2027 roku coraz wyraźniej przestaje być wyłącznie rywalizacją Jordana Bardelli, Marine Le Pen, Édouarda Philippe’a, Gabriela Attala, Bruno Retailleau czy Jean-Luka Mélenchona. W coraz większym stopniu staje się także sporem o język, którym opisuje się współczesną Francję, o znaczenie takich pojęć jak naród, republika, asymilacja, integracja czy tożsamość, a także o to, kto posiada prawo definiowania rzeczywistości społecznej: politycy, filozofowie, historycy czy demografowie.
Ten konflikt nie narodził się jednak podczas obecnej kampanii. Powstawał przez wiele lat na uniwersytetach, w środowiskach intelektualnych, na łamach francuskiej prasy opinii i w książkach najważniejszych współczesnych myślicieli. Dziś wychodzi poza świat akademicki, wpływając na język debaty publicznej, projekty ustaw dotyczących walki z rasizmem i mową nienawiści, politykę migracyjną, bezpieczeństwo, szkołę, laickość oraz sposób, w jaki Francuzi postrzegają własną historię.
Dlatego zrozumienie wyborów prezydenckich w 2027 roku wymaga zrozumienia znacznie głębszego sporu. Nie jest to bowiem wyłącznie dyskusja o liczbie imigrantów czy skuteczności polityki integracyjnej. Jest to spór o definicję narodu francuskiego i o to, czy naród należy rozumieć przede wszystkim jako wspólnotę obywateli podlegających temu samemu państwu, czy też jako wspólnotę historyczną, kulturową i cywilizacyjną, istniejącą niezależnie od zmieniających się instytucji politycznych.
Jeszcze do niedawna spór ten pozostawał niemal niewidoczny dla zagranicznych obserwatorów. Francję opisywano przede wszystkim przez pryzmat kolejnych wyborów, protestów społecznych, reform Emmanuela Macrona czy sukcesów i porażek Marine Le Pen. Tymczasem znacznie wcześniej, zanim politycy zaczynają rywalizować o głosy wyborców, we francuskich książkach, na uniwersytetach i na łamach najważniejszych pism opinii toczy się debata, która po kilku latach zaczyna wyznaczać kierunek całej polityki państwa.
To właśnie tam rodzą się pojęcia, argumenty i diagnozy, które z czasem trafiają do programów wyborczych, parlamentarnych debat oraz wystąpień kandydatów na prezydenta. Kampania wyborcza nie jest więc początkiem tej historii. Jest jej najbardziej widocznym etapem. Aby zrozumieć wybory prezydenckie we Francji w 2027 roku, trzeba najpierw zrozumieć debatę intelektualną, która od wielu lat poprzedza politykę i coraz silniej wpływa na sposób, w jaki Francuzi myślą o własnym państwie, republice i narodzie.
Dwie szkoły myślenia o współczesnej Francji
Na pierwszy rzut oka francuska debata sprawia wrażenie chaosu. W rzeczywistości coraz wyraźniej wyłaniają się z niej dwie wielkie szkoły myślenia, które odmiennie odpowiadają na pytanie o naturę narodu i o sposób opisywania przemian zachodzących we Francji.
Pierwszą reprezentują przede wszystkim demografowie, historycy i badacze społeczeństwa, tacy jak François Héran, Hervé Le Bras, Patrick Weil czy Gérard Noiriel. Choć różnią się między sobą w wielu kwestiach, łączy ich przekonanie, że współczesną Francję należy analizować przede wszystkim za pomocą narzędzi nauk społecznych, danych statystycznych oraz republikańskiej definicji obywatelstwa. W ich ujęciu naród nie jest kategorią etniczną ani biologiczną, lecz wspólnotą polityczną i prawną.
Drugą szkołę tworzą filozofowie, eseiści i publicyści, wśród których ważne miejsce zajmują Pierre Manent, Alain Finkielkraut, Marcel Gauchet, Mathieu Bock-Côté, Nicolas Pouvreau-Monti oraz inni autorzy podejmujący refleksję nad kryzysem zachodniej cywilizacji. Nie odrzucają oni znaczenia statystyki czy badań demograficznych, ale twierdzą, że nie są one wystarczające do opisania rzeczywistości. Ich zdaniem naród jest również wspólnotą pamięci, kultury, języka, doświadczeń historycznych i przekazywanych przez pokolenia instytucji.
To właśnie pomiędzy tymi dwoma sposobami myślenia przebiega dziś jedna z najważniejszych linii podziału francuskiej debaty publicznej. Nie jest to wyłącznie spór o liczby. Jest to spór o sposób rozumienia Francji.
Czy naród można opisać wyłącznie statystyką?
Jednym z najbardziej wpływowych uczestników tej debaty pozostaje François Héran, przez lata kierujący badaniami demograficznymi dotyczącymi migracji. Jego publikacje i wypowiedzi konsekwentnie podważają tezę o istnieniu zjawiska określanego jako „wielka wymiana”, wskazując, że pojęcie to nie odpowiada metodologii badań demograficznych i prowadzi do błędnych wniosków.
Podobne stanowisko zajmuje Hervé Le Bras, który od wielu lat przekonuje, że zmiany zachodzące we Francji należy analizować z wykorzystaniem danych statystycznych, a nie publicystycznych metafor. W swoich książkach odrzuca zarówno kategorię „wielkiej wymiany”, jak i biologiczne rozumienie narodu, argumentując, że współczesna Francja pozostaje wspólnotą obywatelską, której nie da się opisać za pomocą pojęć wywodzących się z XIX wieku.
Patrick Weil rozwija ten sposób myślenia, przypominając, że republika francuska od początku opierała się na obywatelstwie, a nie na pochodzeniu etnicznym. Gérard Noiriel z kolei proponuje przede wszystkim prawną definicję narodu, rozumianego jako wspólnota osób podlegających temu samemu państwu i tym samym instytucjom.
To stanowisko odgrywa ogromną rolę nie tylko w środowisku akademickim. W dużej mierze wyznacza również język, którym przez lata posługiwały się kolejne francuskie rządy oraz znaczna część mediów i administracji publicznej.
A jednak właśnie w tym miejscu pojawia się pytanie, które od kilku lat coraz częściej stawiają filozofowie, historycy i część konserwatywnych intelektualistów: czy naród rzeczywiście można zredukować wyłącznie do kategorii prawnej lub statystycznej? Czy wspólnota polityczna istnieje bez wspólnej pamięci, kultury i historii? To pytanie prowadzi do drugiej wielkiej szkoły myślenia, która w ostatnich latach zyskuje coraz większy wpływ na francuską debatę publiczną.
O jakim narodzie właściwie mówi Francja?
Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że uczestnicy tej debaty spierają się o to samo pojęcie. W rzeczywistości bardzo często używają tego samego słowa, nadając mu odmienne znaczenie. To właśnie dlatego francuska dyskusja bywa tak trudna do zrozumienia dla zagranicznych obserwatorów.
Dla jednych naród jest przede wszystkim wspólnotą obywateli związanych tym samym państwem, prawem i instytucjami republiki. W takim ujęciu decydujące znaczenie ma obywatelstwo oraz gotowość uczestniczenia w życiu wspólnoty politycznej, niezależnie od pochodzenia czy historii rodzinnej.
Dla innych naród oznacza przede wszystkim wspólnotę historyczną, która istniała wcześniej niż współczesne instytucje państwowe i która przez kolejne pokolenia tworzyła język, kulturę, pamięć oraz sposób rozumienia dobra wspólnego. Republika jest w tym ujęciu jednym z najważniejszych osiągnięć narodu, lecz nie stanowi jego początku.
Pomiędzy tymi dwoma sposobami rozumienia narodu rozciąga się szerokie spektrum stanowisk, dlatego francuska debata nie jest prostym konfliktem dwóch obozów. Wielu autorów próbuje łączyć oba podejścia, uznając, że republika potrzebuje zarówno wspólnego obywatelstwa, jak i wspólnej pamięci historycznej. Właśnie dlatego tak często zdarza się, że uczestnicy tej samej dyskusji odpowiadają na różne pytania, choć używają tych samych słów.
Czy naród istnieje tylko dzięki państwu?
To właśnie tutaj francuska debata przestaje być wyłącznie dyskusją demografów i staje się jednym z najważniejszych sporów filozoficznych współczesnej Europy.
Jeżeli naród jest jedynie wspólnotą obywateli podlegających temu samemu państwu, jak wyjaśnić historię narodów, które przez dziesięciolecia lub nawet stulecia nie posiadały własnej państwowości? Dlaczego Polacy zachowali świadomość narodową w okresie zaborów? Dlaczego Irlandczycy, Litwini, Estończycy czy Słoweńcy nadal uważali się za odrębne narody, zanim odzyskali własne państwa? Czy naród rodzi państwo, czy też państwo jedynie organizuje wspólnotę, która istniała wcześniej?
To pytania, które od wielu lat stawia prof. Pierre Manent – jeden z najwybitniejszych współczesnych francuskich filozofów polityki, od dawna obecny również na łamach „Wszystko co Najważniejsze”. W jego ujęciu naród nie jest kategorią biologiczną ani rasową. Jest wspólnotą historyczną, polityczną i kulturową, która przez stulecia budowała instytucje republiki, język życia publicznego oraz poczucie odpowiedzialności za dobro wspólne.
Dlatego Manent z nieufnością odnosi się do prób sprowadzania narodu wyłącznie do kategorii administracyjnej. Republika nie powstała bowiem w próżni. Wyrosła z historii Francji, z jej kultury, doświadczeń i pamięci zbiorowej. Państwo nie stworzyło narodu od podstaw, lecz przejęło odpowiedzialność za wspólnotę istniejącą wcześniej.
Podobny kierunek refleksji odnaleźć można u Marcela Gaucheta. Jego zdaniem współczesna Francja przeżywa nie tylko kryzys gospodarczy czy polityczny, lecz przede wszystkim kryzys zdolności do określenia własnej tożsamości. Republika coraz częściej ogranicza się do zarządzania społeczeństwem, tracąc zdolność opowiadania wspólnej historii i budowania wspólnego celu.
Na łamach „Wszystko co Najważniejsze” Pierre Manent i Marcel Gauchet zwracali uwagę, że coraz trudniej prowadzić spokojną debatę o narodzie, migracji czy granicach republiki, ponieważ sama możliwość zadawania takich pytań bywa przedstawiana jako podejrzana lub moralnie niewłaściwa. W efekcie część obywateli zaczyna odnosić wrażenie, że nie tyle przegrywa spór, ile traci prawo do jego prowadzenia.
To właśnie w tym miejscu spotykają się filozofia polityki i współczesna kampania wyborcza. Coraz więcej Francuzów nie oczekuje już od kandydatów wyłącznie programu gospodarczego czy podatkowego. Oczekuje odpowiedzi na pytanie, czym jest Francja jako wspólnota i co oznacza bycie Francuzem w XXI wieku.
Kultura jako fundament republiki
Jeszcze wyraźniej problem ten formułuje Alain Finkielkraut, którego refleksja od wielu lat zajmuje ważne miejsce w debacie prowadzonej przez Wszystko co Najważniejsze. W przeciwieństwie do autorów koncentrujących się przede wszystkim na statystyce i prawie, Finkielkraut zwraca uwagę na kulturę, szkołę, język oraz pamięć historyczną.
Jego zdaniem republika nie może istnieć wyłącznie dzięki instytucjom. Potrzebuje również wspólnego świata odniesień – literatury, historii, symboli i doświadczeń, które kolejne pokolenia uznają za własne. To właśnie szkoła republikańska przez dziesięciolecia była miejscem przekazywania tej wspólnej pamięci. Jeżeli przestaje pełnić tę funkcję, republika traci jedno ze swoich najważniejszych spoiw.
Nie oznacza to odrzucenia współczesności ani zamknięcia Francji na świat. Oznacza natomiast przekonanie, że integracja nowych obywateli wymaga istnienia kultury, do której można się włączyć. Asymilacja nie jest możliwa, jeżeli wspólnota rezygnuje z definiowania samej siebie.
To właśnie dlatego pytanie o naród powraca dziś we Francji z taką siłą. Nie dlatego, że nagle odkryto nowe dane demograficzne, lecz dlatego, że coraz więcej Francuzów zaczęło zadawać pytanie, czy republika potrafi jeszcze opowiedzieć własną historię i przekazać ją następnym pokoleniom.
Debata, którą od lat można śledzić również w Polsce
Z perspektywy polskiego czytelnika łatwo odnieść wrażenie, że francuska dyskusja o narodzie wybuchła dopiero w ostatnich latach, wraz z kolejnymi kryzysami migracyjnymi i zbliżającymi się wyborami prezydenckimi. W rzeczywistości trwa ona znacznie dłużej i obejmuje zagadnienia wykraczające daleko poza bieżącą politykę. Dotyczy miejsca republiki we współczesnym świecie, relacji między wolnością a wspólnotą, znaczenia szkoły, pamięci historycznej, kultury oraz warunków integracji kolejnych pokoleń obywateli.
Co istotne, polski odbiorca nie jest skazany wyłącznie na obserwowanie tej debaty z zewnątrz. Od wielu lat uczestniczą w niej również czytelnicy „Wszystko co Najważniejsze”, które regularnie publikuje teksty najważniejszych francuskich filozofów, historyków i intelektualistów. Pierre Manent podejmuje pytania o naturę wspólnoty politycznej i przyszłość republiki, Alain Finkielkraut przypomina o znaczeniu kultury, szkoły i pamięci historycznej, Marcel Gauchet analizuje kryzys demokracji przedstawicielskiej, a Luc Ferry zastanawia się nad miejscem humanizmu i republikańskich wartości w świecie podlegającym coraz szybszym przemianom.
Dzięki temu współczesna francuska refleksja nie jest w Polsce obecna jedynie poprzez krótkie relacje z kampanii wyborczych czy medialnych polemik. Można śledzić ją w jej naturalnym rytmie – poprzez książki, eseje i rozmowy, z których dopiero po pewnym czasie rodzą się programy polityczne. To właśnie ta kolejność pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego kampania prezydencka w 2027 roku nie tworzy nowych pytań, lecz przenosi do polityki debatę prowadzoną od wielu lat przez francuskich intelektualistów.
Gdy filozofię zastępuje demografia
Na tym jednak spór się nie kończy. Właściwie dopiero tutaj zaczyna się jego najbardziej kontrowersyjna część.
Przez dziesięciolecia pytanie o naród należało przede wszystkim do filozofów, historyków i politologów. Rozważali je Ernest Renan, Alexis de Tocqueville, Charles Péguy, Raymond Aron czy Pierre Manent. Zastanawiali się, czym jest wspólnota polityczna, skąd bierze się solidarność między obywatelami i dlaczego ludzie gotowi są poświęcać własne interesy dla dobra państwa, którego często nawet nie znają osobiście.
Dziś coraz częściej odpowiedzi na te pytania poszukuje się nie w filozofii polityki, lecz w demografii, socjologii i statystyce. To właśnie tam przesunęło się centrum francuskiej debaty.
François Héran, Hervé Le Bras, Patrick Weil czy Gérard Noiriel nie próbują odpowiedzieć na pytanie, czym naród powinien być. Starają się przede wszystkim opisać, czym jest współczesne społeczeństwo francuskie i jakimi narzędziami należy je analizować. W ich ujęciu nauka ma chronić debatę publiczną przed uproszczeniami, emocjami i pojęciami, które – ich zdaniem – nie odpowiadają rzeczywistości społecznej.
To właśnie dlatego François Héran od lat odrzuca pojęcie „wielkiej wymiany”, uznając je za kategorię publicystyczną, a nie naukową. Hervé Le Bras przekonuje, że zmiany demograficzne należy analizować na podstawie danych, a nie obrazowych metafor. Patrick Weil przypomina, że republika francuska od początku budowała obywatelstwo wokół prawa, a nie pochodzenia. Gérard Noiriel proponuje rozumienie narodu przede wszystkim jako wspólnoty obywateli związanych z tym samym państwem.
Nie sposób odmówić tej argumentacji spójności. Gdyby jednak debata kończyła się na tym etapie, nie stałaby się jednym z najważniejszych tematów kampanii prezydenckiej 2027 roku.
Stało się inaczej i coraz większa grupa filozofów, historyków i publicystów zaczęła twierdzić, że wraz z odrzuceniem pewnych pojęć z debaty publicznej znika również możliwość opisywania części rzeczywistości.
To w tym miejscu pojawia się Mathieu Bock-Côté. Kanadyjski filozof i publicysta, od lat obecny na francuskich łamach, nie prowadzi polemiki z tabelami demograficznymi. Nie próbuje dowodzić, że statystyki są fałszywe. Twierdzi natomiast, że spór został przeniesiony na wcześniejszy etap: zanim zacznie się dyskusja o liczbach, rozstrzyga się już, jakich pojęć w ogóle wolno używać.
Dlatego w swoim głośnym felietonie opublikowanym w „Journal du Dimanche” pisze, że część współczesnej demografii zmierza do podważenia samej możliwości mówienia o historycznym narodzie francuskim. W jednym z najbardziej zapamiętywanych fragmentów stwierdza z ironią: „Jeśli nie istniejecie, nie możecie umrzeć ani zostać zastąpieni.”
To zdanie nie jest argumentem demograficznym. Jest diagnozą filozoficzną. Bock-Côté twierdzi, że prawdziwy spór nie dotyczy liczby imigrantów ani tempa zmian społecznych, lecz samego istnienia wspólnoty historycznej, którą można nazwać narodem francuskim.
Jeszcze mocniej wybrzmiewa jego zarzut wobec części współczesnych nauk społecznych: „Praca nauk społecznych polega dziś przede wszystkim na wyjaśnianiu, że rzeczywistość nie istnieje.” To jedno z najbardziej prowokacyjnych zdań całego tekstu, ale dobrze pokazuje sposób myślenia znacznej części francuskiej prawicy intelektualnej. W jej przekonaniu konflikt nie toczy się już wyłącznie o interpretację danych. Toczy się o to, czy pewne doświadczenia społeczne w ogóle mogą zostać nazwane.
Dlatego felieton Bock-Côté odbił się we Francji tak szerokim echem. Nie dlatego, że rozstrzygnął spór. Przeciwnie – dlatego, że pokazał, jak bardzo zmienił się jego charakter. Coraz mniej chodzi w nim o same liczby, a coraz bardziej o język, którym wolno opisywać współczesną Francję.
W tym sensie Bock-Côté nie jest samotnym polemistą. Jest jednym z najbardziej wyrazistych przedstawicieli nurtu, który uważa, że współczesna Francja przeżywa przede wszystkim kryzys definicji samej siebie. I właśnie dlatego jego tekst warto czytać nie jako odpowiedź na François Hérana czy Hervé Le Brasa, lecz jako kolejny etap wieloletniej debaty o tym, czym jest naród w XXI wieku.
Dane nie kończą debaty, lecz ją rozpoczynają
Na tym polega jedna z największych osobliwości współczesnej francuskiej dyskusji. Jej uczestnicy bardzo często odwołują się do tych samych danych, wyciągając z nich odmienne wnioski. Spór nie dotyczy wyłącznie liczb, lecz przede wszystkim sposobu ich interpretowania oraz pytań, na które mają odpowiadać.
Francuskie instytucje statystyczne, przede wszystkim INSEE i INED, od wielu lat publikują szczegółowe analizy dotyczące struktury demograficznej społeczeństwa, migracji, dzietności, długości życia czy zmian pokoleniowych. Równolegle Ministerstwo Spraw Wewnętrznych przedstawia dane dotyczące legalnej i nielegalnej migracji, naturalizacji, wydalania cudzoziemców oraz wykonywania decyzji o opuszczeniu terytorium Francji. Dane te stanowią podstawę debaty publicznej, lecz same nie rozstrzygają sporów politycznych ani filozoficznych.
Dobrym przykładem są analizy przygotowywane przez Observatoire de l’immigration et de la démographie Nicolasa Pouvreau-Montiego. Instytucja ta korzysta przede wszystkim z oficjalnych danych państwowych, proponując jednak ich odmienną interpretację i wskazując na zjawiska, które – zdaniem jej autorów – pozostają niedostatecznie obecne w debacie publicznej. To właśnie dlatego działalność obserwatorium wywołuje tak żywe reakcje zarówno wśród części środowisk akademickich, jak i polityków.
Pokazuje to, że współczesna francuska debata nie jest konfliktem między faktami a opiniami. Znacznie częściej jest sporem o znaczenie tych samych faktów oraz o to, jakie wnioski można z nich wyprowadzać. Dane pozostają punktem wyjścia, lecz nie zastępują refleksji nad naturą wspólnoty politycznej, ponieważ same nie odpowiadają na pytanie, jak republika powinna reagować na zachodzące przemiany społeczne.
Kiedy spór o naród przestaje być debatą akademicką
To właśnie tutaj spór o naród przestaje być wyłącznie sporem o historię lub demografię. Staje się sporem o funkcjonowanie republiki. O to, czy demokracja polega wyłącznie na prawie do głosowania, czy również na prawie do formułowania pytań, które dla części społeczeństwa mogą być niewygodne lub kontrowersyjne.
Nieprzypadkowo coraz częściej mówi się we Francji o kryzysie zaufania do instytucji. Dla jednych oznacza on wzrost popularności teorii uproszczonych i radykalnych. Dla drugich jest konsekwencją przekonania, że część tematów została wyłączona z normalnej debaty politycznej. Niezależnie od tego, która diagnoza okaże się trafniejsza, jedno wydaje się pewne: dyskusja o narodzie nie jest już jedynie przedmiotem seminariów uniwersyteckich. Stała się jednym z najważniejszych sporów współczesnej Francji i coraz silniej wpływa na decyzje podejmowane przez państwo.
Dlatego wybory prezydenckie w 2027 roku nie będą jedynie starciem programów gospodarczych czy podatkowych. Będą również próbą odpowiedzi na pytanie, jaką definicję Francji zaakceptuje większość obywateli. Kandydaci będą różnić się nie tylko propozycjami reform, lecz także sposobem opisywania samej wspólnoty narodowej. To właśnie dlatego spór, który jeszcze niedawno wydawał się zarezerwowany dla filozofów i demografów, znalazł się dziś w samym centrum francuskiej polityki.
Dlaczego właśnie teraz ten spór stał się tak ważny?
Żaden wielki spór intelektualny nie staje się nagle głównym tematem kampanii wyborczej. Potrzeba lat, czasem całych dekad, aby idee rodzące się w książkach, na uniwersytetach i w czasopismach zaczęły wpływać na decyzje milionów wyborców. Francja jest dziś właśnie na takim etapie.
Jeszcze na początku XXI wieku pytanie o naród pozostawało przede wszystkim przedmiotem refleksji filozofów, historyków i politologów. Owszem, dyskutowano o migracji, integracji czy laickości, jednak większość Francuzów nie postrzegała tych zagadnień jako pytania o własną tożsamość. Dominowało przekonanie, że republika dysponuje wystarczająco silnymi instytucjami, aby stopniowo integrować kolejne pokolenia nowych obywateli.
To przekonanie zaczęło jednak słabnąć pod wpływem kilku nakładających się na siebie procesów.
Pierwszym były przemiany demograficzne, które zmieniały strukturę społeczeństwa w tempie niespotykanym od zakończenia II wojny światowej. Same liczby nie rozstrzygały jeszcze sporu, ale sprawiały, że coraz więcej Francuzów zaczęło zadawać pytania o przyszłość wspólnoty narodowej.
Drugim procesem był wzrost znaczenia kwestii bezpieczeństwa. Zamachy terrorystyczne, rozwój przestępczości zorganizowanej, napięcia na części przedmieść oraz kryzysy związane z niekontrolowaną migracją sprawiły, że debata o integracji przestała być wyłącznie dyskusją społeczną. Stała się jednym z najważniejszych tematów politycznych.
Trzecim elementem okazał się kryzys zaufania do instytucji. Coraz większa część społeczeństwa zaczęła odnosić wrażenie, że elity polityczne, administracyjne i akademickie opisują Francję innym językiem niż ten, którym posługują się obywatele w codziennym życiu. Niezależnie od tego, czy diagnoza ta jest słuszna, samo jej rozpowszechnienie zmieniło charakter debaty publicznej.
Nie bez znaczenia pozostaje również rewolucja informacyjna. Media społecznościowe, internet i nowe kanały komunikacji sprawiły, że tradycyjne instytucje utraciły monopol na interpretowanie rzeczywistości. Dawniej raport opublikowany przez państwowy urząd lub uznanego demografa często zamykał dyskusję. Dziś staje się dopiero jej początkiem. W ciągu kilku godzin pojawiają się analizy alternatywnych ośrodków badawczych, komentarze filozofów, reakcje polityków i tysiące głosów obywateli.
W efekcie pytanie o naród przestało być przedmiotem specjalistycznych seminariów. Weszło do codziennej polityki.
Nie oznacza to, że Francuzi nagle zaczęli interesować się filozofią polityki. Oznacza raczej, że kolejne kryzysy – migracyjny, bezpieczeństwa, reprezentacji politycznej i zaufania do instytucji – sprawiły, iż dawne pytania filozofów zaczęły być odczuwane jako pytania dotyczące codziennego życia.
To właśnie dlatego kandydaci startujący w wyborach prezydenckich w 2027 roku nie będą mogli uniknąć odpowiedzi na pytanie o naród. Nawet jeśli będą mówić przede wszystkim o gospodarce, finansach publicznych czy polityce zagranicznej, wyborcy będą oceniali ich również przez pryzmat odpowiedzi na pytanie, czym jest dziś Francja i jaką wspólnotą ma pozostać w kolejnych dekadach.
W tym sensie wybory prezydenckie 2027 nie rozpoczynają tego sporu. Są jego polityczną konsekwencją. Debata, która przez lata dojrzewała w książkach Pierre’a Manenta, Alaina Finkielkrauta, Marcela Gaucheta, François Hérana, Hervé Le Brasa, Patricka Weila, Gérarda Noiriela, Mathieu Bock-Côté i wielu innych autorów, po raz pierwszy z taką siłą przenosi się do kampanii wyborczej. To właśnie dlatego zrozumienie tej debaty staje się jednym z warunków zrozumienia współczesnej Francji.
Sześciu kandydatów. Jedno pytanie o Francję.
To właśnie dlatego wybory prezydenckie w 2027 roku będą czymś więcej niż rywalizacją sześciu czy siedmiu polityków. W istocie staną się konfrontacją kilku odmiennych odpowiedzi na pytanie, które od lat dzieli francuskich filozofów, historyków, demografów i publicystów: czym jest naród francuski i co powinno go definiować w XXI wieku?
Jordan Bardella odpowiada na to pytanie przede wszystkim poprzez kategorię ciągłości narodowej. W jego wystąpieniach Francja jawi się jako wspólnota historyczna, której państwo ma obowiązek chronić granice, kulturę, bezpieczeństwo i model życia ukształtowany przez kolejne pokolenia. To właśnie dlatego kwestie migracji, asymilacji i tożsamości zajmują w jego przekazie miejsce równie ważne jak gospodarka czy polityka społeczna.
Marine Le Pen od wielu lat rozwija podobny sposób myślenia, choć coraz częściej przedstawia go w języku republiki i suwerenności państwa. Jej przekaz przesunął się z krytyki globalizacji ku obronie francuskiej wspólnoty politycznej, której trwałość – w jej przekonaniu – zależy od zdolności państwa do kontrolowania własnych granic, prawa i obywatelstwa.
Bruno Retailleau odwołuje się do jeszcze innej tradycji. Znacznie częściej niż o konflikcie cywilizacji mówi o autorytecie republiki, odpowiedzialności państwa i znaczeniu porządku publicznego. W jego wizji Francja pozostaje wspólnotą historyczną, ale jej przyszłość zależy przede wszystkim od odbudowy instytucji, które przez dziesięciolecia umożliwiały integrację nowych obywateli i egzekwowanie prawa.
Po drugiej stronie sceny politycznej Gabriel Attal i Édouard Philippe próbują zachować republikańskie centrum. Nie negują istnienia problemów związanych z migracją czy bezpieczeństwem, ale starają się unikać języka sugerującego konflikt między różnymi wizjami narodu. Ich odpowiedzi opierają się raczej na przekonaniu, że republika dysponuje narzędziami pozwalającymi pogodzić różnorodność społeczną z jednością polityczną, pod warunkiem skutecznego działania państwa.
Jeszcze inną odpowiedź proponuje Jean-Luc Mélenchon. W jego wizji wspólnota polityczna budowana jest przede wszystkim wokół równości obywatelskiej i projektu społecznego. Pytanie o pochodzenie, pamięć historyczną czy kulturową ciągłość narodu schodzi na dalszy plan wobec przekonania, że republika powinna jednoczyć wszystkich obywateli niezależnie od ich historii, religii czy miejsca urodzenia.
Na pierwszy rzut oka programy tych kandydatów różnią się niemal we wszystkim. W rzeczywistości każdy z nich odpowiada na to samo pytanie, choć używa innego języka i odwołuje się do odmiennej tradycji intelektualnej. Jedni mówią przede wszystkim o historii, inni o prawie, jeszcze inni o kulturze, bezpieczeństwie lub równości obywatelskiej. Pod powierzchnią bieżącej polityki trwa jednak ten sam spór: czy naród jest przede wszystkim wspólnotą pamięci, wspólnotą prawa, wspólnotą kultury czy wspólnotą obywateli.
To właśnie dlatego kampania prezydencka 2027 będzie różnić się od wielu wcześniejszych wyborów. Jej stawką nie będzie wyłącznie wybór kolejnego gospodarza Pałacu Elizejskiego ani rozstrzygnięcie sporów gospodarczych czy społecznych. Coraz wyraźniej widać, że Francuzi będą wybierali również sposób opowiadania własnego kraju. A wraz z nim odpowiedź na pytanie, czym jest naród i jaka Francja ma wejść w drugą połowę XXI wieku.
Francja jako laboratorium Zachodu
Łatwo ulec wrażeniu, że spór o naród jest czymś wyjątkowym dla Francji. W rzeczywistości podobne pytania powracają dziś niemal we wszystkich zachodnich demokracjach. We Francji są jednak zadawane wcześniej, głośniej i z większą intensywnością niż gdziekolwiek indziej.
Nie dzieje się tak przypadkiem. Francja od ponad dwóch stuleci postrzega samą siebie nie tylko jako państwo, lecz także jako projekt polityczny i cywilizacyjny. Republika francuska nie miała być jedynie sposobem organizacji władzy. Miała stać się wzorem nowoczesnego społeczeństwa, zdolnego połączyć wolność jednostki z jednością wspólnoty, równość obywateli z ciągłością państwa oraz różnorodność pochodzenia z jedną kulturą republikańską.
To właśnie dlatego każda dyskusja o migracji, szkole, laickości, bezpieczeństwie czy obywatelstwie bardzo szybko przekształca się we Francji w debatę o samych fundamentach republiki. W wielu innych państwach podobne problemy rozwiązuje się przede wszystkim na poziomie administracyjnym. We Francji niemal natychmiast nabierają one wymiaru filozoficznego.
Nie jest więc przypadkiem, że pytania zadawane dziś nad Sekwaną coraz częściej pojawiają się również w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Holandii, Szwecji, Włoszech, Belgii czy również przed wyborami parlamentarnymi 2027 roku w Polsce. Jak integrować społeczeństwo stające się coraz bardziej zróżnicowane? Jak pogodzić wolność z bezpieczeństwem? Jak chronić wspólne instytucje, nie rezygnując z otwartości? Jak rozumieć obywatelstwo w świecie intensywnych migracji? W jaki sposób szkoła ma przekazywać wspólną historię i kulturę kolejnym pokoleniom?
Francja nie jest jedynym krajem poszukującym odpowiedzi na te pytania. Jest jednak krajem, który od dawna prowadzi tę debatę najpełniej. To właśnie dlatego francuscy filozofowie, historycy i demografowie tak często wyznaczają kierunek dyskusji toczących się później w innych częściach Europy.
Z tej perspektywy wybory prezydenckie w 2027 roku przestają być wyłącznie francuskim wydarzeniem politycznym. Stają się ważnym momentem europejskiej debaty o przyszłości demokracji, państwa narodowego i wspólnoty obywatelskiej. Od odpowiedzi udzielonych przez Francuzów będą uważnie uczyć się nie tylko pozostali Europejczycy, lecz także ci, którzy od lat obserwują stopniową zmianę zachodnich społeczeństw.
Być może właśnie dlatego francuskie kampanie wyborcze od dawna interesują nie tylko politologów. Są one również przedmiotem uwagi filozofów, socjologów, historyków i demografów. Coraz wyraźniej widać bowiem, że we Francji wybiera się nie tylko prezydenta. Coraz częściej wybiera się także sposób opowiadania o narodzie, republice i miejscu człowieka we wspólnocie politycznej.
To właśnie z tego powodu francuski spór o naród warto śledzić również z perspektywy Polski. Nie po to, by bezrefleksyjnie przenosić francuskie odpowiedzi do polskiej debaty, lecz dlatego, że Francja często wcześniej niż inni staje wobec pytań, z którymi po pewnym czasie mierzą się również pozostałe państwa europejskie. Zrozumienie Francji staje się więc nie tylko próbą zrozumienia jednego kraju, ale także próbą zrozumienia kierunku, w którym zmienia się współczesna Europa.
Dlaczego właśnie Francja?
To pytanie powraca niemal zawsze, gdy zagraniczni obserwatorzy próbują zrozumieć francuską debatę. Dlaczego właśnie we Francji dyskusje o migracji, demografii, szkole czy bezpieczeństwie tak szybko przekształcają się w spór o naród? Dlaczego pytania, które w wielu państwach pozostają przedmiotem polityki publicznej, nad Sekwaną niemal natychmiast stają się pytaniami o historię, kulturę i cywilizację?
Odpowiedź prowadzi do samego źródła francuskiej republiki.
Francja nie jest państwem narodowym jedynie w znaczeniu konstytucyjnym. Od czasów Rewolucji Francuskiej postrzega samą siebie jako wspólnotę polityczną zbudowaną wokół uniwersalnej idei republiki. Francuzem można było zostać nie dlatego, że należało się do określonej grupy etnicznej, lecz dlatego, że przyjmowało się republikańskie zasady, język, kulturę polityczną oraz wspólną historię.
Przez dziesięciolecia model ten wydawał się niezwykle skuteczny. Kolejne fale imigrantów – z Włoch, Polski, Hiszpanii, Portugalii czy Armenii – stopniowo stawały się częścią francuskiego społeczeństwa. Republika była przekonana, że posiada zdolność przekształcania różnorodności w jedność.
To właśnie ten model zaczyna być dziś przedmiotem najgorętszych sporów. Jedni twierdzą, że republika nadal dysponuje wystarczającą siłą integracyjną, pod warunkiem konsekwentnego egzekwowania własnych zasad. Inni odpowiadają, że zmieniła się skala i charakter wyzwań, wobec których powstały model asymilacji okazuje się coraz mniej skuteczny.
Dlatego współczesna francuska debata nie dotyczy wyłącznie migracji. Dotyczy przede wszystkim zdolności republiki do dalszego tworzenia wspólnej kultury politycznej.
Pierre Manent wielokrotnie zwracał uwagę, że republika nie może istnieć bez narodu, ponieważ to właśnie naród stanowi wspólnotę, która akceptuje wspólne prawa, instytucje i obowiązki. Alain Finkielkraut przypominał z kolei, że szkoła republikańska nie została powołana jedynie do przekazywania wiedzy, lecz także do budowania wspólnej pamięci historycznej. Marcel Gauchet pisał o kryzysie demokracji jako kryzysie zdolności społeczeństwa do opowiadania własnej historii.
Po drugiej stronie François Héran, Hervé Le Bras, Patrick Weil czy Gérard Noiriel ostrzegają przed zastępowaniem analizy naukowej kategoriami, które ich zdaniem bardziej zaciemniają rzeczywistość niż ją wyjaśniają. W ich przekonaniu republika pozostaje przede wszystkim wspólnotą obywateli, a nie wspólnotą pochodzenia. Dlatego proponują, by współczesną Francję opisywać językiem prawa, demografii i socjologii, unikając pojęć, które mogą prowadzić do uproszczeń lub ideologizacji debaty.
To właśnie dlatego obie strony tego sporu tak często odnoszą wrażenie, że rozmawiają o różnych Francjach. Jedni próbują odpowiedzieć na pytanie, jak funkcjonuje współczesne społeczeństwo i jakie procesy można zmierzyć za pomocą danych. Drudzy pytają, jakie warunki muszą zostać spełnione, aby wspólnota polityczna mogła zachować własną ciągłość historyczną i kulturową.
Oba pytania pozostają równie ważne, lecz nie są tym samym pytaniem. Jedno dotyczy metod opisu współczesnego społeczeństwa, drugie zaś natury wspólnoty politycznej i warunków jej historycznej ciągłości. To właśnie dlatego uczestnicy tej debaty tak często sprawiają wrażenie, jakby prowadzili dwie równoległe rozmowy o tej samej Francji.
Jedno pytanie, na które każdy kandydat musi odpowiedzieć
Być może najciekawszą cechą współczesnej francuskiej debaty nie jest to, że politycy spierają się o naród. Znacznie ważniejsze wydaje się to, że żaden z liczących się kandydatów nie może już tego pytania ominąć. Nawet ci, którzy świadomie unikają języka tożsamości czy ciągłości historycznej, są zmuszeni zająć stanowisko wobec problemów, które od kilku lat dominują w debacie publicznej: migracji, bezpieczeństwa, integracji, laickości, szkoły czy granic wolności słowa. Każde z tych zagadnień prowadzi ostatecznie do pytania o naturę wspólnoty politycznej i o to, co właściwie oznacza bycie Francuzem w XXI wieku.
To właśnie dlatego kampania prezydencka 2027 roku będzie różniła się od wielu wcześniejszych. Jeszcze kilkanaście lat temu kandydaci mogli budować swoje programy przede wszystkim wokół wzrostu gospodarczego, bezrobocia, reform rynku pracy czy miejsca Francji w Unii Europejskiej. Problemy te nie zniknęły, jednak coraz częściej schodzą na drugi plan wobec pytań dotyczących trwałości modelu republikańskiego i zdolności państwa do utrzymania wspólnoty obywatelskiej.
Jordan Bardella odpowiada na te wyzwania, odwołując się do potrzeby ochrony granic, odbudowy autorytetu państwa oraz zachowania historycznej ciągłości narodu francuskiego. Marine Le Pen, choć w ostatnich latach wyraźnie złagodziła język swojej formacji, również przedstawia przyszłość Francji jako problem suwerenności, kontroli migracji i obrony republikańskiego porządku. Bruno Retailleau akcentuje przede wszystkim konieczność przywrócenia skuteczności instytucji państwowych, przekonując, że bez egzekwowania prawa niemożliwe jest zarówno bezpieczeństwo, jak i skuteczna integracja.
Odmienny punkt ciężkości odnajdujemy u Édouarda Philippe’a i Gabriela Attala. Obaj wychodzą z założenia, że republika dysponuje narzędziami pozwalającymi zachować jedność społeczeństwa, pod warunkiem odbudowy zaufania do państwa oraz sprawnego działania jego instytucji. Nie odrzucają problemów związanych z migracją czy bezpieczeństwem, starają się jednak przedstawiać je przede wszystkim jako wyzwania administracyjne i polityczne, a nie jako dowód wyczerpania modelu republikańskiego.
Jeszcze inną odpowiedź proponuje Jean-Luc Mélenchon, który konsekwentnie odrzuca sposób prowadzenia debaty oparty na kategoriach tożsamości narodowej. W jego wizji podstawą wspólnoty pozostaje republika rozumiana jako projekt polityczny i społeczny, zdolny łączyć obywateli niezależnie od ich pochodzenia. Z tej perspektywy najważniejszym zadaniem państwa nie jest ochrona historycznej ciągłości narodu, lecz zapewnienie równości, sprawiedliwości społecznej i pełni praw obywatelskich.
Na pierwszy rzut oka są to zupełnie odmienne programy polityczne. W rzeczywistości wszystkie próbują odpowiedzieć na to samo pytanie: w jaki sposób utrzymać spójność Francji w warunkach głębokich przemian społecznych, kulturowych i demograficznych. Jedni szukają odpowiedzi przede wszystkim w historii, inni w instytucjach republiki, jeszcze inni w prawie lub polityce społecznej. Różnią się proponowanymi rozwiązaniami, lecz punkt wyjścia pozostaje wspólny.
Właśnie dlatego wybory prezydenckie w 2027 roku będą czymś więcej niż kolejną rywalizacją polityczną. Będą momentem, w którym Francuzi zdecydują nie tylko o tym, kto zamieszka w Pałacu Elizejskim, ale również o tym, która z konkurujących wizji republiki uzyska demokratyczny mandat do kształtowania przyszłości kraju. Wynik wyborów nie zakończy oczywiście debaty o narodzie, może jednak przesądzić o tym, który sposób myślenia będzie przez następne lata wyznaczał kierunek francuskiej polityki.
Zrozumieć Francję, zanim zacznie się ją oceniać
Nie sposób przewidzieć, która z konkurujących wizji Francji zwycięży w wyborach prezydenckich w 2027 roku. Jeszcze trudniej rozstrzygnąć, która z nich okaże się trafniejszą odpowiedzią na wyzwania, przed którymi stoi współczesna republika. Nie taki jest jednak cel tego sporu ani zadanie tych, którzy próbują go opisać.
Debata tocząca się dziś między filozofami, historykami, demografami i politykami nie sprowadza się do prostego wyboru między otwartością a zamknięciem, między tradycją a nowoczesnością czy między republiką a narodem. W rzeczywistości dotyczy znacznie bardziej podstawowego pytania: w jaki sposób wspólnota polityczna zachowuje swoją trwałość, kiedy zmieniają się warunki społeczne, gospodarcze, kulturowe i demograficzne, które przez dziesięciolecia uznawano za oczywiste.
To właśnie dlatego uczestnicy tej debaty tak często sprawiają wrażenie, jakby mówili o różnych Francjach. François Héran, Hervé Le Bras, Patrick Weil czy Gérard Noiriel starają się przede wszystkim opisać społeczeństwo takim, jakie jest, posługując się narzędziami nauk społecznych i kategoriami wypracowanymi przez współczesną demografię, historię oraz socjologię. Pierre Manent, Alain Finkielkraut, Marcel Gauchet czy Mathieu Bock-Côté próbują odpowiedzieć na inne pytanie: jakie warunki muszą zostać spełnione, aby wspólnota polityczna mogła zachować ciągłość swojej historii, kultury i instytucji. Oba sposoby myślenia nie wykluczają się całkowicie, lecz koncentrują uwagę na różnych aspektach tej samej rzeczywistości, dlatego tak często prowadzą do odmiennych diagnoz i odmiennych rekomendacji politycznych.
Właśnie w tym tkwi znaczenie francuskiej debaty dla pozostałych państw Europy. Nie dlatego, że francuskie odpowiedzi należy bezpośrednio przenosić do innych krajów, lecz dlatego, że Francja z wyjątkową intensywnością stawia pytania, które stopniowo pojawiają się również w innych demokracjach Zachodu. Jak pogodzić różnorodność z poczuciem wspólnoty? Jak zachować zaufanie do instytucji republiki? Jak prowadzić debatę o migracji, bezpieczeństwie czy tożsamości, nie rezygnując ani z rzetelności naukowej, ani z wolności prowadzenia sporów politycznych?
Być może właśnie dlatego kampania prezydencka w 2027 roku stanie się czymś więcej niż wyborem kolejnego prezydenta Republiki. Będzie kolejnym etapem rozmowy, która trwa we Francji od wielu lat i która nie zakończy się wraz z ogłoszeniem wyników głosowania. To rozmowa o naturze wspólnoty politycznej, o granicach republiki i o tym, jak rozumieć naród w świecie podlegającym nieustannej zmianie.
Ponad sto czterdzieści lat temu Ernest Renan pisał, że naród jest „codziennym plebiscytem”. Zdanie to należy do najczęściej cytowanych definicji narodu we francuskiej myśli politycznej, ponieważ przypomina, że wspólnota nie jest dana raz na zawsze. Istnieje tak długo, jak długo kolejne pokolenia uznają, że chcą tworzyć ją razem.
Dzisiejsza Francja prowadzi właśnie taki codzienny plebiscyt. Nie odbywa się on wyłącznie przy urnach wyborczych. Toczy się również na uniwersytetach, w szkołach, w książkach, na łamach gazet, w raportach demografów, w analizach filozofów i w przemówieniach polityków. Wybory prezydenckie w 2027 roku będą tylko jednym z jego najważniejszych momentów, lecz z pewnością nie będą jego zakończeniem.
Wybory przeminą, pytanie o naród pozostanie
Historia uczy, że wielkie debaty o naturze wspólnoty politycznej rzadko kończą się wraz z jedną kampanią wyborczą. Francja jest tego najlepszym przykładem. Od XIX wieku kolejne pokolenia intelektualistów powracają do tych samych pytań, choć za każdym razem formułują je innym językiem i w odpowiedzi na nowe wyzwania swoich czasów. Ernest Renan zastanawiał się, co sprawia, że naród istnieje mimo różnic między jego członkami. Charles de Gaulle pytał, jak zachować niezależność Francji w zmieniającym się świecie. Dziś filozofowie, historycy i demografowie próbują odpowiedzieć na pytanie, jak republika ma zachować spójność w warunkach głębokich przemian społecznych i demograficznych.
Nie oznacza to, że wszystkie wcześniejsze odpowiedzi utraciły znaczenie. Przeciwnie, współczesna debata pokazuje, jak trwałe pozostają pytania stawiane przez kolejne pokolenia francuskich myślicieli. Zmieniają się dane statystyczne, kierunki migracji, układ sił politycznych i sytuacja międzynarodowa, lecz nie zmienia się potrzeba określenia, czym właściwie jest wspólnota polityczna oraz jakie wartości pozwalają jej zachować trwałość mimo kolejnych kryzysów.
To właśnie dlatego kampania prezydencka w 2027 roku będzie miała znaczenie wykraczające poza zwykłą zmianę gospodarza Pałacu Elizejskiego. Po raz pierwszy od wielu lat niemal wszyscy liczący się kandydaci zostaną zmuszeni do zajęcia stanowiska wobec pytań, które jeszcze niedawno pozostawały domeną środowisk akademickich i filozoficznych. Nie będą mogli ograniczyć się do przedstawienia programu gospodarczego ani zapowiedzi reform administracyjnych. Coraz większa część opinii publicznej oczekuje od nich odpowiedzi na pytania dotyczące przyszłości republiki, miejsca migracji, znaczenia asymilacji, roli szkoły, bezpieczeństwa i kultury politycznej.
Niezależnie od tego, kto zwycięży w wyborach, żadna z tych kwestii nie zniknie następnego dnia po ogłoszeniu wyników. Jeżeli wygra kandydat odwołujący się przede wszystkim do ciągłości narodowej, będzie musiał udowodnić, że proponowany przez niego model rzeczywiście wzmacnia wspólnotę republikańską. Jeżeli zwycięży kandydat podkreślający przede wszystkim znaczenie instytucji, prawa i obywatelstwa, stanie przed równie trudnym zadaniem przekonania Francuzów, że republika zachowuje zdolność integrowania społeczeństwa w warunkach coraz większej różnorodności. Zmienić może się kierunek polityki państwa, lecz sama debata będzie trwała nadal.
Być może właśnie w tym tkwi najważniejsza lekcja płynąca z francuskiego doświadczenia. Demokracja nie polega wyłącznie na okresowym wyborze przedstawicieli. Jest również nieustanną rozmową o tym, czym jest wspólnota polityczna i jakie wartości pozwalają jej przetrwać kolejnym pokoleniom. Wybory są jednym z najważniejszych momentów tej rozmowy, ale nigdy nie stanowią jej zakończenia.
Dlatego francuską debatę o narodzie warto śledzić nie tylko jako element kampanii prezydenckiej 2027 roku. Jest ona bowiem jednym z najciekawszych laboratoriów współczesnej Europy, w którym spotykają się historia, filozofia, demografia, prawo i polityka. Zrozumienie tego procesu pozwala lepiej zrozumieć nie tylko Francję, lecz także pytania, przed którymi w nadchodzących latach będą stawały kolejne demokracje Zachodu. To właśnie dlatego dyskusja rozpoczęta przed laty na uniwersytetach i w książkach filozofów stała się dziś jednym z najważniejszych tematów francuskiego życia publicznego – i wszystko wskazuje na to, że pozostanie nim jeszcze długo po wyborach prezydenckich w 2027 roku.
Arkadiusz Jordan
Paryż





