Bruno RETAILLEAU jak Jacques Chirac 1995. Francuska prawica szuka własnego cudu wyborczego

Bruno Retailleau próbuje przekonać francuską prawicę, że wybory prezydenckie we Francji w 2027 roku nie są jeszcze rozstrzygnięte. Tak jak Jacques Chirac w 1995 roku, startuje z pozycji outsidera wobec faworytów sondaży. Czy scenariusz, który doprowadził Chiraca do Pałacu Elizejskiego, może powtórzyć się trzydzieści lat później?
Francja pamięta rok 1995
Francuska polityka ma szczególną cechę. W przeciwieństwie do wielu demokracji zachodnich nie wybiera wyłącznie programów, partii czy koalicji. Francja wybiera przede wszystkim postaci.
Od czasów generała Charles’a de Gaulle’a francuscy wyborcy przyzwyczaili się do tego, że prezydent powinien być czymś więcej niż szefem administracji państwowej. Powinien być wcieleniem pewnej idei Francji. Dlatego francuskie wybory prezydenckie często wymykają się logice sondaży.
Wiosną 1995 roku wydawało się, że wszystko jest już rozstrzygnięte. Premier Édouard Balladur był kandydatem rozsądku, stabilności i państwa. Wspierała go większość elit. Miał za sobą znaczną część aparatu politycznego prawicy. W sondażach długo wyprzedzał Jacques’a Chiraca.
Chirac wydawał się politykiem przeszłości. Przegrywał już wcześniej. Wielu uważało, że jego czas minął. A jednak kilka miesięcy później to właśnie on wprowadził się do Pałacu Elizejskiego.
Dla współczesnej francuskiej prawicy rok 1995 pozostaje czymś więcej niż zwycięstwem wyborczym. Jest politycznym mitem.
To opowieść o kandydacie, którego własny obóz uznał za przegranego. To opowieść o człowieku, który nie miał najlepszych sondaży, największego zaplecza ani najbardziej wpływowych sojuszników. To opowieść o polityku, który zdołał przekonać Francuzów, że rozumie ich lepiej niż wszyscy eksperci.
Właśnie dlatego nazwisko Jacques’a Chiraca wraca dziś coraz częściej w rozmowach dotyczących wyborów prezydenckich 2027 roku. Nie dlatego, że Bruno Retailleau przypomina Chiraca. Lecz dlatego, że znajduje się w podobnej sytuacji. Za Édouardem Philippem. Za bardziej rozpoznawalnymi rywalami. Za kandydatami, których część establishmentu uważa za bardziej „prezydenckich”.
Mimo to nie zamierza ustępować. Próbuje przekonać własny obóz, że historia jeszcze się nie skończyła.
De Gaulle i francuska obsesja przywództwa
Aby zrozumieć tę strategię, trzeba cofnąć się znacznie dalej niż do roku 1995. Trzeba wrócić do Charles’a de Gaulle’a.
Jak przypominał Ludwik Dorn na łamach „Wszystko co Najważniejsze”, de Gaulle był dla Francuzów czymś więcej niż politykiem. Stał się symbolem państwa zdolnego zachować ciągłość nawet wtedy, gdy wszystko wokół wydawało się rozpadać. Był człowiekiem, który nie godził się na sprowadzenie Francji do roli jednego z wielu średnich państw Zachodu.
Podobnie pisał Aleksander Hall, przypominając wyjątkową rolę Francji w budowie Europy oraz znaczenie francuskiego państwa dla równowagi całego kontynentu. Bez Francji trudno wyobrazić sobie zarówno Unię Europejską, jak i europejską politykę bezpieczeństwa.
To właśnie de Gaulle stworzył model prezydentury, który do dziś wyznacza standard dla wszystkich kandydatów. Francuski wyborca nie oczekuje wyłącznie sprawnego menedżera. Nie szuka prezesa rady ministrów. Poszukuje osoby zdolnej mówić o Francji jako wspólnocie historycznej, cywilizacyjnej i politycznej.
Dlatego kolejne pokolenia polityków próbowały odnaleźć własną wersję gaullizmu. Próbowali tego Georges Pompidou. Próbował Valéry Giscard d’Estaing. Próbował Jacques Chirac. Próbował Nicolas Sarkozy. Próbował Emmanuel Macron. Każdy na swój sposób.
Ale żaden nie mógł uciec od pytania pozostawionego przez de Gaulle’a: czy Francja pozostaje narodem zdolnym do wielkich projektów?
Dlaczego prawica szuka dziś nowego Chiraca?
To właśnie tutaj zaczyna się prawdziwy problem francuskiej prawicy. Przez wiele lat wydawało się, że naturalnym spadkobiercą gaullistowskiej tradycji będzie obóz Republikanów. Jednak kolejne porażki wyborcze doprowadziły do sytuacji, w której znaczna część elektoratu prawicowego przeniosła się do Zjednoczenia Narodowego. Inna część zasiliła obóz Emmanuela Macrona. Jeszcze inna przestała wierzyć, że klasyczna prawica może wrócić do władzy. Powstała polityczna pustka.
I właśnie w tej pustce pojawia się dziś Bruno Retailleau. Nie jest najbardziej medialnym kandydatem. Nie ma największych notowań. Nie dysponuje tak rozbudowaną machiną polityczną jak niektórzy rywale. Próbuje jednak odwołać się do czegoś głębszego. Do przekonania, że we Francji nadal istnieje elektorat oczekujący państwa silnego, świadomego własnej historii, zdolnego do egzekwowania prawa i kontroli granic. Innymi słowy: elektorat szukający nie kolejnego menedżera, lecz przywódcy.
To właśnie ten elektorat przed trzydziestu laty wybrał Jacques’a Chiraca. Pytanie brzmi, czy istnieje on jeszcze w roku 2027.
Chirac przeciwko systemowi
Historia roku 1995 jest dziś często upraszczana. W pamięci wielu Francuzów pozostał przede wszystkim obraz Jacques’a Chiraca wkraczającego do Pałacu Elizejskiego. Znacznie rzadziej przypomina się, jak mało osób wierzyło w taki finał jeszcze kilka miesięcy wcześniej.
Przez długi czas faworytem pozostawał Édouard Balladur. Był premierem. Miał za sobą większość aparatu państwowego. Miał wsparcie znacznej części elit politycznych, gospodarczych i medialnych. Uchodził za człowieka stabilności. Za polityka rozsądnego. Za kandydata niemal naturalnego.
Jacques Chirac wydawał się natomiast politykiem minionej epoki. Wielu uważało, że jego czas już się skończył. Coraz więcej polityków jego własnego obozu przechodziło do obozu Balladura. Wśród nich znajdowały się nazwiska, które później odegrały ważną rolę w życiu publicznym Francji. Chirac obserwował, jak ludzie, których uważał za swoich, przechodzą na drugą stronę.
To właśnie ten moment wraca dziś w rozmowach o Bruno Retailleau. Nie dlatego, że sytuacje są identyczne. Historia nigdy nie powtarza się w sposób dosłowny. Powracają jednak pewne mechanizmy.
Retailleau również obserwuje dziś, jak część polityków centroprawicy uważa Édouarda Philippe’a za bardziej prawdopodobnego zwycięzcę wyborów prezydenckich. Podobnie jak trzydzieści lat temu wielu polityków kieruje się prostym rozumowaniem: skoro sondaże pokazują przewagę jednego kandydata, należy do niego dołączyć jak najwcześniej.
Polityka demokratyczna ma bowiem swoją psychologię. Ludzie lubią zwycięzców. Politycy jeszcze bardziej. Dlatego każda kampania prezydencka ma moment, w którym kandydat musi odpowiedzieć na podstawowe pytanie: czy chce podążać za sondażami, czy próbować je zmienić. Jacques Chirac wybrał drugą drogę. Bruno Retailleau również próbuje nią iść.
Francuska prawica i problem sukcesji
Od odejścia Charles’a de Gaulle’a francuska prawica nieustannie szuka odpowiedzi na pytanie, kto jest jej prawowitym spadkobiercą.
Problem polega na tym, że gaullizm nigdy nie był zwykłą doktryną polityczną. Nie da się go sprowadzić do kilku punktów programu.
Profesor Marek Kornat na łamach „Wszystko co Najważniejsze” przypominał, że de Gaulle myślał kategoriami państwa, historii i długiego trwania. Interesowała go przede wszystkim ciągłość narodu oraz miejsce Francji w świecie. Nie budował swojej pozycji na chwilowych emocjach ani na logice bieżących sporów partyjnych.
Właśnie dlatego po jego odejściu niemal każdy znaczący polityk prawicy próbował przedstawiać się jako jego następca. Jacques Chirac. Nicolas Sarkozy. François Fillon. A dziś także wielu kandydatów myślących o roku 2027.
Problem polega jednak na tym, że współczesna Francja jest zupełnie innym krajem niż Francja de Gaulle’a. Jest bardziej podzielona. Bardziej zróżnicowana kulturowo. Mniej pewna własnej przyszłości.
Jednocześnie wiele problemów, które wydawały się definitywnie rozwiązane, powraca do debaty publicznej. Pytania o granice. Pytania o bezpieczeństwo. Pytania o integrację. Pytania o tożsamość narodową. Pytania o miejsce Francji w Europie i świecie.
To właśnie dlatego część francuskiej prawicy uważa, że rok 2027 nie będzie zwykłymi wyborami. Będzie próbą odpowiedzi na pytanie, czym ma być Francja w połowie XXI wieku.
Philippe i Retailleau – dwie wizje prawicy
Na pierwszy rzut oka Édouard Philippe wydaje się kandydatem znacznie silniejszym. Jest bardziej rozpoznawalny. Dłużej funkcjonował na najwyższych szczeblach państwa. Posiada doświadczenie premiera. W wielu sondażach pozostaje najlepiej notowanym kandydatem obozu centrowego i umiarkowanej prawicy.
Jednak jego siła jest jednocześnie jego słabością. Philippe jest bowiem nierozerwalnie związany z epoką Emmanuela Macrona. Dla części wyborców stanowi gwarancję stabilności. Dla innych jest symbolem systemu, który wyczerpał już swój potencjał.
Bruno Retailleau próbuje wykorzystać właśnie tę słabość. Buduje narrację opartą na przekonaniu, że Francja potrzebuje nie kontynuacji, lecz korekty kursu. Nie rewolucji. Nie zerwania z V Republiką. Lecz powrotu do państwa bardziej zdecydowanego i bardziej wymagającego.
To interesujące, ponieważ podobny mechanizm można było zaobserwować w kampanii Jacques’a Chiraca. Balladur był kandydatem stabilności. Chirac kandydatem zmiany. Nie radykalnej. Ale odczuwalnej. Nieprzypadkowo jego hasło dotyczące „fracture sociale” – społecznego pęknięcia Francji – okazało się tak skuteczne.
Chirac zrozumiał coś, czego przez długi czas nie rozumiały elity. Społeczeństwo nie oczekuje jedynie sprawnego zarządzania. Oczekuje również uznania swoich niepokojów. To lekcja, którą współczesna prawica próbuje odczytać na nowo.
Francja między Voltairem a de Gaulle’em
Krzysztof Zanussi na łamach „Wszystko co Najważniejsze” pisał o szczególnej francuskiej skłonności do życia ideami. To jedna z cech odróżniających Francję od wielu innych krajów Zachodu. Francuzi nie prowadzą bowiem wyłącznie sporów o podatki, budżet czy administrację. Spierają się o wizję człowieka. O kulturę. O historię. O znaczenie republiki. O sens państwa.
Być może właśnie dlatego wybory prezydenckie we Francji tak często wymykają się logice czysto technokratycznej. Kandydat może mieć najlepszy program. Może mieć najlepsze sondaże. Może mieć największe zaplecze. A mimo to przegrać.
Jeżeli nie zdoła przekonać wyborców, że rozumie ich wyobrażenie o Francji. Jacques Chirac potrafił to zrobić w 1995 roku. To właśnie dlatego jego zwycięstwo do dziś pozostaje punktem odniesienia dla całej francuskiej prawicy.
Bruno Retailleau próbuje dziś przekonać własny obóz, że podobna historia może wydarzyć się ponownie. Na razie większość obserwatorów pozostaje sceptyczna. Ale dokładnie tak samo patrzono na Chiraca jeszcze kilka miesięcy przed jego zwycięstwem.
Czy kończy się epoka Macrona?
W rzeczywistości wybory prezydenckie 2027 roku nie będą referendum nad Bruno Retailleau. Nie będą także referendum nad Édouardem Philippem. Nie będą nawet referendum nad Jordanem Bardellą. Będą przede wszystkim odpowiedzią na pytanie, które Francuzi zadają sobie coraz częściej od kilku lat: co pozostanie po Emmanuelu Macronie?
To właśnie ten problem znajduje się dziś w centrum francuskiej polityki.
Przez niemal dekadę Emmanuel Macron dominował życie publiczne. Rozbił tradycyjny podział między lewicą i prawicą. Doprowadził do marginalizacji Partii Socjalistycznej. Osłabił Republikanów. Przejął znaczną część centrum. Przez wiele lat wydawało się, że stworzył nowy model polityczny zdolny zastąpić dawny układ V Republiki.
Jednak wszystkie wielkie projekty polityczne mają jedną wspólną cechę. Prędzej czy później stają przed problemem sukcesji. Charles de Gaulle stanął przed nim pod koniec lat sześćdziesiątych. François Mitterrand w latach dziewięćdziesiątych. Jacques Chirac po 2002 roku. Dziś ten sam problem stoi przed Emmanuelem Macronem.
Nigdy wcześniej od czasów ustanowienia V Republiki sytuacja nie wyglądała dokładnie tak jak obecnie. Urzędujący prezydent kończy drugą kadencję i nie może ponownie kandydować. Jednocześnie żaden naturalny następca nie zdołał jeszcze narzucić swojej dominacji.
To właśnie dlatego kampania 2027 roku zaczyna przypominać walkę o polityczne dziedzictwo. Nie tylko o władzę. O definicję Francji po Macronie.
Francja i nieustanne poszukiwanie państwa
W wielu krajach Zachodu debata polityczna skupia się wokół kwestii gospodarczych. We Francji jest inaczej. Jak przypominał Marek Brzeziński na łamach „Wszystko co Najważniejsze”, legenda Charles’a de Gaulle’a nie wynika wyłącznie z jego roli wojennej czy politycznej. Wynika z tego, że dla milionów Francuzów pozostaje symbolem państwa zdolnego działać, chronić i przewidywać.
To jedna z najważniejszych cech francuskiej kultury politycznej. Francuzi krytykują własne państwo. Narzekają na administrację. Protestują przeciw rządzącym. Ale jednocześnie oczekują od państwa bardzo wiele. Znacznie więcej niż większość społeczeństw anglosaskich.
Państwo ma gwarantować bezpieczeństwo. Ma zapewniać spójność społeczną. Ma chronić interes narodowy. Ma być obecne. Dlatego kryzys państwa jest we Francji odbierany szczególnie boleśnie.
Kiedy pojawiają się problemy z bezpieczeństwem, Francuzi pytają o państwo. Kiedy rośnie nielegalna migracja, pytają o państwo. Kiedy pogłębia się kryzys finansów publicznych, pytają o państwo. Kiedy słabnie pozycja Francji w świecie, również pytają o państwo. W tym sensie wybory 2027 roku przypominają bardziej debatę o państwie niż zwykłą rywalizację kandydatów. I właśnie tutaj Bruno Retailleau próbuje znaleźć własne miejsce.
Dlaczego gaullizm ciągle wraca
Od śmierci Charles’a de Gaulle’a minęło ponad pół wieku. Mimo to niemal każda poważna debata o przyszłości Francji prowadzi do jego nazwiska. Dzieje się tak dlatego, że gaullizm był czymś więcej niż nurtem politycznym. Był próbą odpowiedzi na fundamentalne pytanie: jak zachować wielkość Francji w świecie, który przestaje być francuski?
To pytanie nie zniknęło. Przeciwnie. W wielu aspektach stało się jeszcze bardziej aktualne. Francja znajduje się dziś pod presją procesów, których de Gaulle nie mógł przewidzieć. Globalizacji. Cyfryzacji. Migracji masowej. Konkurencji geopolitycznej nowych mocarstw. Rosnącej siły Chin. Zmieniającej się roli Stanów Zjednoczonych. Transformacji demograficznej.
Wszystkie te zjawiska tworzą atmosferę niepewności. A niepewność zawsze wzmacnia potrzebę przywództwa.
Nie jest przypadkiem, że zarówno zwolennicy Édouarda Philippe’a, jak i Bruno Retailleau, Jordana Bardelli czy część lewicy próbują odwoływać się do języka państwa, suwerenności i interesu narodowego. W różnych formach. Z różnych powodów. Ale wszyscy dostrzegają ten sam problem. Francuzi coraz mniej wierzą, że świat sam z siebie będzie dla nich korzystny.
Czy 2027 będzie nowym 1995?
To pytanie pojawia się coraz częściej. Na pierwszy rzut oka podobieństwa są oczywiste. W 1995 roku faworytem był Édouard Balladur. Dziś wielu obserwatorów za faworyta obozu centrowego uważa Édouarda Philippe’a.
W 1995 roku część prawicy uznała Chiraca za polityka przeszłości. Dziś wielu polityków traktuje Retailleau jako kandydata o ograniczonych szansach.
W 1995 roku aparat polityczny stopniowo przesuwał się w stronę Balladura. Dziś podobny ruch można dostrzec wokół Philippe’a.
Ale istnieje również zasadnicza różnica. Francja roku 2027 jest krajem znacznie bardziej niestabilnym politycznie niż Francja roku 1995. Wówczas główna rywalizacja toczyła się wewnątrz tradycyjnej prawicy. Dziś na scenie znajduje się dodatkowo Jordan Bardella i Zjednoczenie Narodowe. Znajduje się rozproszona lewica. Znajduje się obóz macronistyczny szukający następcy. Znajduje się również ogromna grupa wyborców rozczarowanych całym systemem politycznym.
To sprawia, że wybory 2027 roku mogą okazać się znacznie bardziej nieprzewidywalne niż wybory 1995 roku.
Francuska prawica szuka czegoś więcej niż kandydata
W rzeczywistości problem francuskiej prawicy nie polega dziś wyłącznie na znalezieniu odpowiedniego nazwiska.
Problem jest znacznie głębszy. Prawica szuka nowej opowieści. Jacques Chirac miał opowieść o społecznych podziałach Francji. Nicolas Sarkozy miał opowieść o pracy, autorytecie i aktywnym państwie. Emmanuel Macron miał opowieść o modernizacji i przekroczeniu podziału lewica–prawica. Dziś żadna z tych opowieści nie dominuje.
Właśnie dlatego kampania 2027 roku może okazać się najważniejszą kampanią od wielu dekad. Nie dlatego, że zdecyduje wyłącznie o nazwisku przyszłego prezydenta. Lecz dlatego, że może zdecydować o tym, jaką historię Francja będzie opowiadała sama o sobie przez następne lata.
I właśnie w tym miejscu pojawia się Bruno Retailleau. Nie jako pewny zwycięzca. Nie nawet jako główny faworyt. Lecz jako polityk próbujący przekonać własny obóz, że historia Jacques’a Chiraca z 1995 roku nie jest jedynie wspomnieniem. Że może jeszcze raz stać się polityczną rzeczywistością. Czy ma rację? Na to pytanie odpowiedzą dopiero najbliższe miesiące.
Jednak sam fakt, że coraz więcej polityków wraca dziś do porównań z rokiem 1995, pokazuje jedno. Francuska prawica nie szuka już tylko kandydata. Szuka własnego cudu wyborczego.
Trzy wizje Francji po 2027 roku
Największym błędem popełnianym przez wielu obserwatorów francuskiej polityki jest przekonanie, że wybory prezydenckie 2027 roku będą pojedynkiem kandydatów.
W rzeczywistości będzie to starcie wizji Francji. Tak było w 1958 roku. Tak było w 1965 roku. Tak było w 1981 roku. Tak było w 1995 roku. I bardzo prawdopodobne, że tak będzie również w 2027 roku.
Od czasów Charles’a de Gaulle’a wybory prezydenckie we Francji zawsze dotyczyły pytania znacznie większego niż wybór kolejnego mieszkańca Pałacu Elizejskiego. Dotyczyły odpowiedzi na pytanie, czym jest Francja. I czym chce być.
To właśnie dlatego postać generała de Gaulle’a wciąż pozostaje obecna w debacie publicznej. Nie dlatego, że Francuzi żyją przeszłością. Lecz dlatego, że de Gaulle stworzył pewien model myślenia o państwie. Model oparty na ciągłości. Na suwerenności. Na przekonaniu, że Francja posiada szczególną rolę historyczną.
Jak przypominał Ludwik Dorn, de Gaulle nie postrzegał Francji wyłącznie jako państwa. W jego myśleniu była ona cywilizacją, wspólnotą pamięci oraz projektem historycznym wykraczającym poza jedną generację polityków. Właśnie dlatego jego dziedzictwo okazuje się tak trwałe.
I właśnie dlatego współczesna francuska prawica wciąż wraca do niego jako do punktu odniesienia. Nie znajduje jednak jednej odpowiedzi. Znajduje ich kilka.
Philippe. Francja ciągłości
Pierwszą odpowiedź reprezentuje dziś Édouard Philippe. Jest ona najbliższa temu, co przez ostatnie lata reprezentował Emmanuel Macron. To wizja Francji otwartej. Europejskiej. Zorientowanej na gospodarkę. Poszukującej równowagi między tradycją a modernizacją.
Philippe nie proponuje rewolucji. Nie próbuje przekonywać Francuzów, że ich kraj stoi na krawędzi upadku. Nie buduje narracji katastroficznej. Jego polityczna siła bierze się z przekonania, że Francja potrzebuje przede wszystkim stabilności.
W wielu aspektach przypomina to sposób myślenia części elit V Republiki po zakończeniu zimnej wojny. Państwo ma działać sprawnie. Instytucje mają zachować ciągłość. Zmiany powinny być stopniowe. Problem polega na tym, że znaczna część społeczeństwa coraz częściej pyta, czy sama stabilność wystarczy.
Bardella. Francja zerwania
Drugą odpowiedź daje w swoim programie Jordan Bardella. To wizja zdecydowanie bardziej radykalna. Jej źródłem jest przekonanie, że dotychczasowy model polityczny wyczerpał się. Że kolejne elity nie rozwiązały najważniejszych problemów kraju. Że państwo utraciło kontrolę nad częścią procesów zachodzących we własnych granicach. Że Francja stopniowo traci pewność siebie.
W tej narracji rok 2027 ma oznaczać początek nowej epoki. Nie korektę. Nie reformę. Lecz zmianę kierunku.
To właśnie dlatego Zjednoczenie Narodowe pozostaje tak silne. Nie dlatego, że wszyscy jego wyborcy zgadzają się z każdym elementem programu. Lecz dlatego, że wielu Francuzów uważa, iż obecny model rządzenia nie odpowiada już rzeczywistości.
Jordan Bardella nie proponuje powrotu do dawnej Francji. Proponuje stworzenie nowej. To bardzo ważna różnica.
Retailleau. Francja odbudowy
Trzecia odpowiedź jest najbardziej interesująca. Reprezentuje ją Bruno Retailleau. Nie proponuje ani pełnej kontynuacji. Ani pełnego zerwania. Próbuje natomiast przekonać wyborców, że Francja potrzebuje odbudowy.
To słowo pojawia się coraz częściej w myśleniu współczesnej prawicy. Odbudowy autorytetu państwa. Odbudowy bezpieczeństwa. Odbudowy zaufania obywateli. Odbudowy wspólnoty narodowej.
Nie jest przypadkiem, że w jego wypowiedziach regularnie pojawiają się pojęcia odpowiedzialności, porządku, granic i państwa. To język, który odwołuje się do bardzo starej tradycji francuskiej prawicy. Tradycji, która nie postrzega państwa jako przeszkody. Przeciwnie. Postrzega je jako instrument ochrony wspólnoty politycznej.
W tym sensie Retailleau znajduje się najbliżej gaullistowskiego rozumienia polityki. Nie dlatego, że powtarza słowa de Gaulle’a. Lecz dlatego, że podobnie jak on traktuje państwo jako narzędzie historycznej ciągłości.
Dlaczego de Gaulle wciąż wygrywa?
Marek Brzeziński pisał we ”Wszystko co Najważniejsze” o niezwykłym zjawisku francuskiej pamięci politycznej. Niewielu przywódców XX wieku pozostawiło po sobie równie trwały ślad jak Charles de Gaulle. Wielu Francuzów nie zgadzałoby się dziś z konkretnymi decyzjami generała. Wielu krytykowałoby jego politykę. Ale jednocześnie ogromna część społeczeństwa nadal uznaje go za wzorzec przywództwa.
To bardzo wiele mówi o samej Francji. Francuzi mogą zmieniać poglądy. Mogą zmieniać partie. Mogą zmieniać preferencje wyborcze. Znacznie rzadziej zmieniają jednak własne wyobrażenie o państwie.
A w tym wyobrażeniu centralne miejsce zajmuje postać przywódcy zdolnego reprezentować interes narodowy ponad codziennym konfliktem politycznym. To właśnie dlatego niemal każdy kandydat próbujący zdobyć Pałac Elizejski musi zmierzyć się z cieniem de Gaulle’a. Nawet wtedy, gdy nigdy o nim nie wspomina.
Wybory większe niż wybory
Aleksander Hall pisał na łamach „Wszystko co Najważniejsze” o znaczeniu Francji dla Europy. To spojrzenie okazuje się dziś szczególnie ważne.
Wybory 2027 roku nie będą miały znaczenia wyłącznie dla samych Francuzów. Francja pozostaje jednym z filarów Unii Europejskiej. Jest mocarstwem atomowym. Stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ. Drugą gospodarką strefy euro. Państwem posiadającym wpływy polityczne, militarne i kulturowe na kilku kontynentach.
Dlatego pytanie o przyszłego prezydenta Francji jest jednocześnie pytaniem o przyszłość Europy. I właśnie dlatego kampania 2027 roku budzi tak wielkie zainteresowanie. Nie chodzi wyłącznie o to, kto wygra. Chodzi o odpowiedź na pytanie, jaką drogę wybierze jedno z najważniejszych państw Zachodu.
Cud wyborczy czy początek nowej epoki?
Kiedy Jacques Chirac rozpoczynał ostatnie miesiące kampanii 1995 roku, niewielu wierzyło w jego zwycięstwo. Większość obserwatorów patrzyła na sondaże. Patrzyła na układy partyjne. Patrzyła na poparcie elit. A jednak wygrał ktoś inny.
To właśnie dlatego rok 1995 pozostaje tak ważny dla francuskiej prawicy. Nie dlatego, że można go mechanicznie powtórzyć. Lecz dlatego, że przypomina on fundamentalną prawdę francuskiej polityki.
Najważniejsze wybory rozstrzygają się nie wtedy, gdy kandydaci liczą poparcie polityków. Rozstrzygają się wtedy, gdy jeden z nich potrafi przekonać naród, że rozumie jego lęki, ambicje i nadzieje.
Bruno Retailleau próbuje dziś zbudować właśnie taką opowieść. Nie wiadomo, czy zakończy się ona sukcesem. Nie wiadomo nawet, czy zdoła wejść do decydującej fazy kampanii. Jedno jest jednak pewne. Kiedy francuska prawica zaczyna przywoływać Jacques’a Chiraca, nie mówi wyłącznie o przeszłości. Mówi o własnym marzeniu. O przekonaniu, że nawet wtedy, gdy sondaże wskazują innych faworytów, historia Francji pozostawia jeszcze miejsce na polityczny cud.
A być może właśnie od takich cudów zaczynają się nowe epoki.
Arkadiusz Jordan
Paryż





